| Jesienna aura |
| czwartek, 07 października 2010 19:18 |
|
Mamy słoneczną jesień, ale ja jakoś nie potrafię odnaleść tego słońca na niebie. Dariuszek odkąd zaczął chodzić do przedszkola choruje już trzeci raz. Chelatacja, którą prowadziliśmy przez lato chociaż poprawiła wiele w osobowości małego (np. ruszyło naśladowanie wszystkiego i wszystkich, jakby chciał nadrobić stracony czas) mocno nadwyrężyła jego odporność i na razie pomimo prób nie udało się jej jeszcze odbudować. Pomimo, że jak ja to nazywam "intelektualnie" Dareczek jest super - po prostu ekspresowo przyswaja wiedzę - to zachowanie jest straszne:( Wystąpiła u niego agresja. Gdy coś nie jest po jego myśli poprostu atakuje - najczęściej łapie za szyje. O ile my i terapeutka jesteśmy sobie wstanie z tym poradzić to Izabela już niekoniecznie. Nie można spuścić z nich wzroku. Jestem tym strasznie załamana. Dareczek jest teraz małym chłopczykiem, choć i tak wysokim jak na swój wiek. Myślenie o przyszłości staje się coraz bardziej pełne strachu. W przyszłym tygodniu ma odbyć się superwizja terapeuty głównego, bo Dareczek ma już praktycznie przerobiony cały program terapetyczny - więc zostanie też opracowana procedura walki z agresją. Są dni kiedy Dareczek jest wspaniałym kontaktowym chłopakiem, po którym w ogóle nie widać choroby. Bardzo ładnie i sensownie mówi, ślicznie bawi się z siostrzyczką, szuka kontaktu nie tylko z nami, ale też z rówieśnikami. Ale czasami - masakra. Jakby jakaś wewnętrzna siła roznosiła Go na kawałaeczki; jakby chodziło po nim stado mrówek a On chciał je z siebie zrzucić. Ciężko go wyrwać z tamtego świata. Ogarnia Go olbrzymia złość i nie potrafi sobie z tym poradzić. Krzyczy potwornie głośno i rzuca się na wszystkie strony. A potem bardzo żałośliwie płacze łzami, jakby bardzo Go bolało, jakby wiedział, że to co zrobił było złe, jakby tego nie chciał. Przytula się tak mocno jakby chciał się przed czymś schować w ramionach mamy. A ja... coraz trudniej to znoszę. Mam coraz mniej sił na walkę. Czuję taki ból, że brakuje ochoty żeby oddychać; chciało by się po prostu przestać być... Dostaliśmy wyniki badań Organixu powtórzone po roku. Potwierdziła się nasza hipoteza - candida znowu rozrosła się w organiźmie małego. Na szczęście mieliśmy wystawiną receptę na leki więc od czwartku "trujemy gadzinę". I tak właściwie mam nadzieję, że to okropne zachowanie, ostatni kaszel i katar a do tego nasilone stymulacje (szafki naszych mebli powoli nie wytrzymują tego trzaskania) to skutek wymierania grzybka. Zobaczymy.... Pozatym poprawił się metabolizm węglowodanów - jest praktycznie wporządku (ale dostaje leki i nie dostaje cukru więc niewiadomo co by było gdyby...). Pozatym wolne rodniki już nie atakują DNA - też całkiem OK. Ale inne sprawy dalej nieciekawie. To są oczywiście moje spstrzeżenia bo na wizytę wybieramy się dopiero w listopadzie. O ile się wybierzemy:(( Bo w tej chwili to nie mam pojęcia czy uda się to "pociągnąć" finansowo. Niestety kolejnym powodem, że ogarnia bezsilność i zwątpienie jest fakt że to wszystko wymaga ogromnych nakładów pieniężnych. To co robimy w tej chwili dla małego to ok 3500 zł miesięcznie. A to dopiero podstawa. Powinnam zapewnić mu jeszcze dodatkowe formy terapi by wspomóc behawioralną. Autyzm to choroba na wielu płaszczyznach, nie ma dwóch jednakowych dzieci z tą chorobą. Niewiadomo co dokładnie pomoże. To zaburzenie na wielu płaszczyznach. I niestety jesteśmy pozostawienia sami sobie nietylko z doborem terapii ale także z zapewnieniem opłaty za nią. My właściwie nie mamy innego życia - żyjemy by walczyć z autyzmem. Dzięki pomocy rodzimy, przyjaciół i dobrych ludzi jakoś się udaje. Ale jest coraz ciężej... Ja się po prostu boje myśleć.
|